fbpx
New Delhi – Dzień 2 godz. 02.30
25 marca 2019
Ucieczka z Jaipuru – Dzień 3 i 4
26 marca 2019
 

Jaipur

Kolejka górska w naszych głowach trwa w najlepsze. Poranek przywitał nas wewnętrznym kacem pozostałym po wydarzeniach z wczoraj, chociaż jak teraz to pisze to mam wrażenie, że wszystko działo się z tydzień temu.

Koło 11, wypoczęci  wychodzimy z hotelu.  Plan jest prosty, zobaczyć Pałac Wiatrów, Małpią Świątynie, może coś jeszcze i odpocząć. Do przejścia mamy ok. 3 km. Zapuszczamy się w uliczki Jaipuru. Po drodze mijamy niezliczone małe sklepiki i warsztaty. Od czasu do czasu przy ulicy stoją stosy klatek z kurczakami oraz stoiska z mięsem, czasem nawet w cieniu. Mijane dzieci machają do nas uśmiechając się przyjaźnie. W tym całym harmidrze zatrzymuje nas, Hindus siedzący na skuterze, pytaniem czy przypadkiem nie jesteśmy z Warszawy. Rozpoczynamy miłą pogawędkę na temat różnic kulturowych, która po 15 minutach kończy się zaproszeniem na czas, Indyjską herbatkę. W głowie cały czas mamy wczorajszy dzień, ale po szybkim zastanowieniu wsiadamy na skuter. Ruszamy! Tak jak miałem napisać wczoraj pasy drogowę służą tu przede wszystkim za ozdobę, czasem za sugestie. 

Razim okazuje się bardzo sympatycznym czlowiekiem.  Z uwagą wysłuchuje tego co nas spotkało i oferuje pomoc, ze zrozumieniem podchodząc do naszego braku zaufania. Próbujemy z jego pomocą kupić kartę SIM, ale nic z tego, wydaje nam się że chcą za dużo więc nie bierzemy. Razim opowiada nam o mieście i proponuje ppdwózkę do małpiej świątyni oraz tańszą wioskę słoni, którą mamy w planach zobaczyć jutro. Proponuje nam nawet swój skuter, ale grzecznie odmawiamy. Przejechanie 100 metrów byłoby wyzwaniem. Ostatecznie czekamy na kuzyna, który zabierze nas na miejsce. Przedtem jednak zajedziemy na chwilę do domu. W trakcie czekania wypijemy kolejna porcję czaju. Podjeżdża samochód, wsiadamy. W środku kuzyn Hindus i Hiszpan Oscar, skąd się znali, nie pamiętam. Raul już dwa miesiące jest w Indiach. Dojeżdżamy do domu, gdzie zostajemy podjęci obiadem. Siedzimy na ziemi, wszystko podane jest na rozłożonym kocu. Nasz gospodarz Imran, nie należy do biednych, po prostu tak się jada. Hindusi jedzą rękami, Europejczycy dostają sztućce, mówią że tak nam będzie łatwiej:) wokół biega mała Babun?...

Po jedzeniu ustalamy, że ruszamy do słoni. Już bez Oscara, ten pojechał na swój cautchserfing. Na miejscu jesteśmy podjęci czajem i piwkiem. Ostatecznie cena wcale nie jest atrakcyjna, ale targujemy do tej jaką mieliśmy umówioną w innym miejscu. Jesteśmy bez gotówki więc wsiadam z kierownikiem na motor i jedziemy do bankomatu. Jak oni jeżdżą bez kolizji?!

Zabawa że Słoniem trwa dwie godziny, malujemy go, karmimy, myjemy, możemy się przejechać. Odpowiadajac na nasze pytania, wielokrotnie zapewniaja nas, ze zwierzeta są dobrze traktowane. Przejażdżka trwa około 20 minut! Bez żadnego żelaznego stelażu, ławek itp. Koc na grzbiecie i do przodu.

Wracając od słoni, nasi Hinduscy znajomi, próbują nam załatwić kartę SIM, ale po godzinie prób rezygnujemy. Imran proponuje nam wspólny posiłek w polecanym lokalu, ale najpierw jedziemy na whisky. Tzn, myśleliśmy, że połączymy jedno z drugim, ale ostatecznie lądujemy w drukarni tkanin, którą zarządza brat Imrana. Czy chcieli nas trochę upoić i sprzedać coś ekstra? Możliwe. Ostatecznie po oprowadzeniu przez lokalnego krawca-arcymistrza, który proponował uszycie na rano pełnego garnituru opuszczamy lokal. Nie do końca z pustymi rękami, ponieważ Conejita nabyła oryginalne hinduskie spodnie, w dobrej cenie, po targu ;)

Na koniec dnia wreszcie idziemy jeść. Kurczaki okazują się wyborne, a my z niecierpliwością czekamy na jutro.