fbpx
Jaipur – Dzień 3 godz. 00.30
25 marca 2019
Hipisi w Pushkarze – Dzień 4
27 marca 2019
 

Ucieczka z Jaipuru

W trakcie wizyty w domu Imrana, opowiedzieliśmy o tym co przydarzyło nam się w New Delhi. Hindusi przyznali nam rację, że Kaszmiri people (Kaszmir to region Indii, ktorego mieszkańcy cieszą się wątpliwą reputacją) nas naciągneli i zaproponowali, że pomogą nam odzyskać pieniądze, ale decyzja należy do nas. Po krótkim namyśle poprosiliśmy o pomoc. Chcieliśmy pozbyć się niesmaku i kontynuować naszą podróż na własnych warunkach, nie zgodnie z planem wytyczonym prze kogoś innego. Od tej chwili słuchaliśmy we wszystkim Imrana.

Najważniejsze było jak najszybciej skontaktować się z tym biurem i zdobyć kartę SIM żeby mieć dostęp do Internetu. Korzystając z telefonu Oscara zadzwoniłem do biura. Łamiącym się głosem powiedziałem, że właśnie otrzymałem wiadomość, że babcia w stanie ciężkim trafiła do szpitala i natychmiast chcę przerwać podróż i wracać do Polski. Proste? W odpowiedzi usłyszałem, że mogę to zrobić, ale mam przesłać bilet lotniczy. Zgodziłem się przesłać go najszybciej jak tylko będę mógł. W tym czasie człowiek Imrana już pracował nad załatwianiem fałszywych biletów. Czekaliśmy na maila. Pojechalismy do słoni, próbowaliśmy kupić kartę SIM, ale nic z tego nie wyszło, a czas mijał. Niestety załatwienie fałszywych biletów okazało się trudniejsze niż początkowo się wydawało. Wróciliśmy do hotelu. Przed snem wysłaliśmy maila z wiadomością, że bilety są strasznie drogie i potrzebujemy, naszych pieniędzy żeby zabukować lot. Następny dzień miał przynieść rozstrzygnięcie.

Koło 8.00 obudził nas telefon do pokoju. Chwilę później w drzwiach stanął boy przekazując mi komórkę. Kaszmiri people. Mówią, że miałem im przesłać bilet. Tłumaczę, że mam za mało pieniędzy i potrzebuje tych, które im zapłaciłem. Pytają jakie loty sprawdzałem. Jestem gotowy, tłumacze że przez Bangkok, albo Dubaj, ale wszystkie są drogie. Nieważne, mam przesłać bilet. Schodzimy na śniadanie, łykam węgiel, bo odczuwam skutki wczorajszej kurczakowej uczty, Kasia na szczęście nie. Imran przyjeżdza 9.30. Pół godziny później niż się umawialiśmy, ale ruszamy. Najpierw karta SIM. Nie mogę dzwonić od Imrana, bo może mieć przez to klopoty. Wszystkie sklepy są jeszcze zamknięte, otworzą jak im się będzie chciało. Te, do których wchodzimy nie mogą nam sprzedać karty, chyba chodzi o 24 godzinny czas aktywacji. Łatwiej kupić kokaine w Krawcach czy w Grzybnie, niż kartę SIM w 3 milionowym Jaipurze. Czas ucieka. Imran proponuje mi swoją nową kartę ale telefon ją odrzuca. W końcu znajdujemy właściwy sklep. Spisują paszport, robią mi zdjęcie, do którego muszę mrugać milion razy i... numer paszportu nie mieści się w rubryce! Sorry mister. Imran podaje swoje dane i kupujemy na niego. 10 minut aktywacji i tak! mamy kontakt ze światem. Dzwonię do Kaszmiri people, "zdenerwowany", żądam zwrotu pieniędzy bo nie mogę kupić biletu.  Mówią że mogą nam zwrócić niecałą 1/3. Nie zgadzam się. Mówię że chcą mnie oszukać i będę się kontaktował z ambasadą i policją, Imran twierdzi, że to jedyne instytucje, których będą się bać. Rozłączam się. Zaczyna się gra! Piszą smsa i próbują dzwonić, odrzucam ich. Łatwiej jest pisać. Czytam Imranowi wiadomości on dyktuje mi odpowiedzi. Jedziemy przez Jaipur. Wymiana jest coraz ostrzejsze, ale powoli zwiększają kwotę. Oskarżają nas o oszustwo i sugerują, że ktoś nam pomaga. Nie dopuszczamy. Kasia przejmuje telefon. Szybciej pisze po angielsku. Zatrzymujemy się i spotykamy... Razima! Pijemy czaj, ale negocjacje trwają, też trochę  odpuszczamy. Imran już dwa razy mówił żebyśmy dzwonili do ambasady, ale przesyłają kolejną propozycję. W końcu stają na ok. 2/3 całej kwoty i nie chcą dalej ustąpić. Imran sugeruje że to dobry układ. Oczywiście będziemy trochę stratni, ale nie za wiele patrząc że dwie noce spędziliśmy już w hotelu. Zgadzamy się.

Chcą żebyśmy przyszli po pieniądze do hotelu. Nie zgadzamy się, hotel na 100% jest z nimi powiązany. Mają przysłać człowieka pod Pałac Wiatrów, najsławniejszą budowle w centrum. Chyba się boją. Chcą płacić paypalem, ale się nie zgadzamy. Według nas zaraz mamy samolot i muszą się spieszyć. W końcu organizują człowieka. Ustalamy miejsce spotkania w kafejce naprzeciw pałacu. Goniec ruszył, Imran zostawia nas jakieś 200 metrów od miejsca spotkania, tak by go nie zauważono. Czekamy. W międzyczasie zasypujemy ich masą wiadomości, że nie mamy czasu! Po 50 minutach zjawia się człowiek. Daje nam pieniądze, które przeliczamy 3 razy. Oddajemy bilety i rezerwacje. Odgrywamy pośpiech i zdenerwowanie.  Podpisuję (Kamil Poland), że wzięliśmy pieniądze, bo chłopak mówi, że jest tylko gońcem. Wychodzimy szybkim krokiem i wsiadamy do pierwszego tuk-tuka. Jedziemy na dworzec autobusowy. Łapiemy pierwszy autobus do Pushkaru. Opuszczamy Jaipur. Od teraz kontynuujemy podróż na naszych warunkach.

"Life is like ice cream, you should it eat before it melt"                                                                 -Rizan z Jaipuru