fbpx
Agra – Zapach z tysiąca i jednej (nie)nocy – Dzień 7
29 marca 2019
Rzeka brudu, czyli wiara czyni cuda – Dzień 9
31 marca 2019
 

Varanasi

Do Waranasi, świętego miasta Hindusów dotarliśmy po 10.00. Mimo naszych obaw noc w pociągu minęła spokojnie, także byliśmy gotowi na trudy dzisiejszego dnia. Miasto przywitał nas ogromnym tłumem, na dworcu przy zejściach potworzyły się zatory! No cóż, jest to miejsce pielgrzymek tysięcy autochtonów. Przed dworcem byliśmy gotowi na bezkokpromisową walkę. Uzbrojeni w nasze doświadczenie oraz świadomi, że jest to miejsce żerowania największych oszustów i naciągaczy w Indiach. Szukaliśmy tuk-tuka, który zabrałby nas do hostelu, jednak nikt nie chciał przystać na naszą cenę, a my nie chcąc dać się ograbić, byliśmy nieustepliwi (rozbijało się o 50 rs czyli ok. 3 zł, ale chodzi o zasadę!). W końcu podszedł do nas starszy gość z rikszą i powiedział, że nas zabierze za 100 rs,  tak jak chcemy. Rikszą jeszcze nie jechaliśmy, więc szybko przystaliśmy na propozycję. Nie był to jednak najlepszy pomysł. Nasza dwójka z bagażem, drogi nierówne, a na dodatek gość nie miał pojęcia gdzie jechać i pytał się po drodze! Po jakiś 400 metrach, które bardziej przeszedł niż przejechał podziękowaliśmy i wysiedliśmy, bo po prostu było nam dziadka żal. Żeby nie był stratny daliśmy mu 40 rs, a ten... mówi, że mało, należy się 50 rs! No cóż białych traktuje się tu jak bankomaty, które powinny wypłacać pieniądze. Oczywiście odwróciliśmy się i poszliśmy dalej. W pierwszym hostelu, do którego dotarliśmy nie bardzo nam się podobało, więc ruszyliśmy dalej. Głodni i zmęczeni schronilismy się w centrum handlowym. Klimatyzacja działała, schody ruchome też, chociaż pawilony otwarte tylko na parterze, elegancko. W Dominos Pizza zjedliśmy malutką pizzę i ruszamy dalej. W końcu dotarliśmy do części miasta wyłączonej z ruchu, z wyjątkiem jednośladów, ale i tych nie ma zbyt wiele. Z każdej strony kramiki i pawilony, stroje i święte bibeloty, ale przynajmniej nastawione na tutejszego kupca, a nie turystów, więc wszystko jest takie bardziej... naturalne. W końcu wśród wąskich uliczek znajdujemy hostel. Tutaj mamy okazję zmyć z siebie wczorajsze zwiedzanie i nockę w pociągu. Na dzisiaj mieliśmy zaplanowaną już tylko jedna aktywność, rytuał pożegnania słońca nad brzegiem Gangesu. Choć od rzeki dzieli nas około 300 metrów., ruszyliśmy szybciej, by zająć dobę miejsca. Zasiedliśmy na schodach prowadzących w ďół ku rzece i czekaliśmy. Tłum gęstniał, a wraz z nim przebywali wszelkiej maści sprzedawcy bibelotów: obrazków, medali, balonów, waty cukrowej, plastikowych zabawek i wszystkiego innego oraz żebracy. Obok nas na schodach przysiadło małżeństwo Francuzów oraz Hinduska, która od wielu lat mieszka w Nowej Zelandii skąd pochodzi jej mąż. Okazało się, że ma ona dokładnie takie same odczucia względem Indi i ich mieszkańców jak my. Miło było to usłyszeć od rodowitej Hinduski i utwierdzić, że nie jesteśmy odosobnieni w postrzeganiu tego kraju. Obrządek był długi i polegał na wykonywaniu przeróznych gestów przez kapłanów, różnymi symbolicznym przedmiotami przy akompaniamencie śpiewu i dzwonów. W międzyczasie wokół cały czas był zgiełk i trwał handel. Ciekawie, w tłumie prezentowali się  fotografowie, którzy choć boso, robili zdjęcia i na miejscu szykowali je w przenośnych drukarkach (zdj). 

Jutro pobudka o 5.00, ponieważ płyniemy Gangesem o wschodzie słońca, także Dobranoc 😉