fbpx
Aurangabad czyli 1,5 milionowa wieś – Dzień 12
3 kwietnia 2019
Dziękujmy, że urodziliśmy się w Europie – Dzień 14
5 kwietnia 2019
 

Ellora

Spakowawszy cały dobytek i zostawiwszy bagaże w hostelu udaliśmy się na dworzec. Spacer nie należał do tych z gatunku przyjemnych ale postanowiliśmy dużo chodzić, by patrzeć na tutejsze życie z bliska. Po drodze zamierzaliśmy zjeść śniadanie, jednakże we wszystkich ulicznych 'lokalach' menu napisane było sanskrytem, a sprzedawcy znali dosłownie kilka słów po angielsku. I tak, po raz kolejny, skończyliśmy na bezpiecznych bananach  i pierożkach samosa.

Na dworcu napotkaliśmy pewne trudności ze znalezieniem odpowiedniego autobusu. Na szczęście natknęliśmy się na trójkę młodych Hindusów również podróżujących do Ellory publicznym transportem. Istnieje również specjalny autobus dla turystów z klimatyzacją, który jest ponad 15 razy droższy od lokalnego,  ponadto każdy za cheap price chciał nas zabrać tuk tukiem lub taksówką zatem dotarcie do wydawałoby się najprostszej opcji transportowej jest dosyć trudne. Mimo wszystko przepychając się w tłumie kolorowych kobiet wsiadamy do autobusu, a sprzedawcą biletów, które kupuje się w środku, okazuje się być mięśniak rodem z Bollywood! 

Po niespełna godzinnej podróży docieramy na miejsce. Wymieniamy się z naszymi nowopoznanymi hinduskimi znajomymi numerem telefonu, robimy wspólne selfie i rozstajemy się, by rozpocząć leniwe zwiedzanie jaskiń Ellory.

Największe wrażenie robi na nas sposób w jaki zostały stworzone. Budowniczowie wykuli w części góry sporą świątynię wraz z gankiem, holem, czymś w rodzaju kapliczek oraz krużganków wokół, a wszystko zdobią niegdyś misterne, dziś nadszarpnięte zębem czasu rzeźby bogów, zwierząt i ludzi. W niewielu miejscach zachowały się freski, którymi pierwotnie były pokryte budowle (mają już X-XII wieków, więc nie dziwne, że są trochę podniszczone). Nieodłącznym elementem naszego zwiedzania są pochodzący do nas z prośbą o selfie Hindusi. Postanowiliśmy liczyć ilu tubylców zrobi sobie niezapomnianą fotkę z białym człowiekiem jednak dość szybko straciliśmy rachubę.

Po dokładnym obejrzeniu wszystkich rzeźb i zagłębień, kontemplacji w świątyni, kilkunastu zdjęciach i ok. 2,5 tysiącach selfies z żoną, córką, ojcem, kuzynem, dzieckiem i kolegą postanowiliśmy zakończyć zwiedzanie. Wychodzimy z kompleksu i co się okazuje? To, co widzieliśmy to tylko jedna, największa i najbardziej znana ze wszystkich 34 jaskiń. 

Zatem ruszamy. Skwarzy niemiłosiernie, a my mamy ze sobą niepełną butelkę wody. Po przejściu następnych 10 jaskiń postanawiamy zawrócić, kupić wodę i udać się w drugą stronę, by zobaczyć numery od 1 do 15. Wciąż zaczepiają nas ludzie pytając o kolejne selfies z członkami rodziny. Nie mamy na to najmniejszej ochoty, żar leje się z nieba, a szczęka już boli od uśmiechów ale niczym prawdziwi celebryci na hinduskiej ziemi znosimy cierpliwie wszystkie przejawy tubylczej sympatii.

Pozostałe jaskinie są buddyjskie i różnią się od wcześniejszych. Wybieramy dwie najciekawsze i oglądamy je dokładnie. Gdy siedzimy przy godnych rozmiarów posągu Buddy do środka wchodzi dwóch mnichów. Klękają i zaczynają recytować mantry. Akustyka w świątyni jest rewelacyjna, głosy mężczyzn brzmią wyraźnie i donośnie, wprowadzają w swego rodzaju hipnotyczny stan, przeżycie nie do zapomnienia. Umysł odpoczął, mnisi kończą recytację, a my udajemy się na autobus, który wiezie nas do jaskiń dżinijskich. Również okazują się być warte zobaczenia. Napotykamy samozwańczego przewodnika, który pokazuje nam kilka ciekawych rzeczy. Po zakończeniu krótkiego zwiedzania nasz napiwek go nie satysfakcjonuje. Pokazuje portfel pełen pieniędzy z różnych części świata, chce naszej waluty, a w portfelu same grube polskie nominały... psujemy sobie dobrą karmę, na którą tak długo pracowaliśmy ustępując miejsca w pociągu dzieciom i starcom, uśmiechając się do każdego namolnego kierowcy tuk tuka, czy taksówki i zachwalając tutejsze piekielnie ostre jedzenie przed kucharzem. Mówimy, że nie mamy polskiej waluty i biegniemy do czekającego już na nas autobusu.

To już koniec naszej wycieczki po jaskiniach Ellory. Wracamy do zadymionego i śmierdzącego Aurangabadu. Do pociągu pozostało ponad dwie godziny. Odebrawszy bagaże z hostelu idziemy coś zjeść i jedziemy na dworzec. W pociągu okazuje się, że na naszych miejscach siedzi jakaś rodzina, nie mamy gdzie się położyć. Siadamy obok i rozpoczynamy 1,5 godzinną dyskusję o różnorodności tradycji, kultury i języków Indii, o pięknej, czystej i zielonej Polsce, systemach edukacji, uzależnieniach i aranżowanych małżeństwach. Jeszcze tylko ostatnie tego dnia selfie z nowopoznanymi hindusami, wymiana numerów i szybkie pożegnanie. Wysiadają na swojej stacji, a my możemy wpaść w objęcia Morfeusza czując odór toalety kołysani niespiesznym stukotem toczącego się pociągu.