fbpx
Selfies wśród bogów i skał – Dzień 13
4 kwietnia 2019
Droga do raju – Dzień 15
8 kwietnia 2019
 

Mumbaj

Około 6.30 docieramy do Mumbaju, miasta które początkowo miało być tylko tranzytem na południe, ale ostatecznie zostaniemy tu prawie dwa dni. Nie mieliśmy zamiaru spędzać tu zbyt dużo czasu ze względu na złe opinie, które czytaliśmy na temat tego miejsca, ale ostatecznie, na szczęście, sami postanowiliśmy się o tym przekonać. Mumbaj to ogromne miasto, ponad 15 milionów mieszkańców, podobno codziennie osiedla się tu 500 kolejnych osób. Stolica Bollywood, indyjskiego biznesu oraz trzecie największe slumsy na świecie.

Pierwsze godziny upłynęły nam na odpoczynku w niewielkim parku i oczekiwaniu na otwarcie drzwi hotelu, który mieści się zaraz obok zabytkowego dworca. Już w hotelu udało nam się odświeżyć po nocy w pociągu i z lekkim ociąganiem ruszamy na miasto. Oczywiście wychodzimy po 12.00, kiedy skwar i upał są nie do wytrzymania. Pierwsze co nam się rzuca w oczy to chodniki! Szerokie i wygodne. Coś, co jeszcze dwa tygodnie temu wydawało się normą i nie zwracaliśmy na to uwagi teraz jest miłym zaskoczeniem. Można się bezpiecznie poruszać, choć i tak wielu autochtonów wybiera drogę obok samochodów. Druga rzecz to względny brak śmieci na ulicach, tzn są, ale pojedyńcze, a nie całe hałdy. Chociaż i takie później widzieliśmy wokół torów kolejki biegnącej przez miasto. W końcu po długiej wędrówce docieramy do wody i naszym oczom ukazuje się morze... ŚMIECI! 

Na powierzchni wody jest jedno wielkie śmietnisko. Kasia była po prostu załamana. Tutaj ludzie wydają się w ogóle nie dbać o to, co ich otacza. Brud, syf, smród. W mieście, w parku, morzu czy nawet świętej rzece. Widząc to człowiek dopiero dostrzega jaką drogę przeszliśmy i jak dobrze jesteśmy teraz wyedukowani, jeżeli chodzi o życie społeczne i środowisko. Widząc te śmietniska dookoła, przypominając sobie uliczną biedę, brak perspektyw i wykształcenia nie sposób nie docenić tego, że urodziliśmy się wśród 500 mln ludzi żyjących w Europie. Może zabrzmi to niepoprawnie, ale naprawdę widać różnicę w poziomie cywilizacyjnym.

Największy upał przeczekaliśmy w cieniu w pobliżu plaży skąd ruszyliśmy zobaczyć pozostałości po starym osiedlu, w którym do dziś w piętrowych  drewnianych domkach żyją potomkowie katolickich portugalskich robotników. Stamtąd ruszamy na długi spacer w stronę największych atrakcji miasta, bramy Indii oraz Taj Hotel, bogatej budowli, którą miał postawić pewien Hindus, kiedy odmówiono mu wstępu do angielskiego hotelu. Po drodze mijamy wiele robiących wrażenie postkolonialnych budynków, pozostałości po poprzednich właścicielach miasta, Portugalczykach i przede wszystkim Brytyjczykach. Dziś w tych pięknych budowlach mieszczą się instytucje użyteczności publicznej: urzędy, sądy, szkoły oraz uniwersytet. Spacer należał do najprzyjemniejszych jakie odbyliśmy w Indiach ze względu na liczną zieleń w przestrzeni miejskiej i możliwość cywilizowanego poruszania się. W końcu dotarliśmy do celu. Brama oraz hotel okazały się całkiem interesujące i rzeczywiście warte zobaczenia. Na placu, gdzie się znajdowały ww. budowle mogliśmy się poczuć jak celebryci! Hindusi chcący sobie zrobić z nami zdjęcia ustawiali się w kolejkę ach! Zmęczeni wróciliśmy do hotelu, z którego roztacza się bardzo ładny widok na żyjące do późnych godzin miasto.