fbpx
Dziękujmy, że urodziliśmy się w Europie – Dzień 14
5 kwietnia 2019
Wymarzony odpoczynek – Dzień 16 i 17
8 kwietnia 2019
 

Mumbaj/Lotnisko/Kerala

Dzisiejszy dzień upłynął pod znakiem podróży na samo południe Indii, do Kerali. Oczywiście nie obyło się bez przygód 😉. Rankiem udaliśmy się na bardzo krótki spacer, by jeszcze raz przyjrzeć się jednej z wizytówek miasta czyli wybudowanemu w 1888 roku przez Brytyjczyków dworcowi kolejowemu. Trzeba przyznać, że z zewnątrz budowla jest naprawdę imponująca, a w środku do dziś funkcjonuje 18 peronów!  

Zarówno nam jak i naszym żołądkom zaczął doskwierać brak znajomego jedzenia, więc w dzisiejszy dzień spożywaliśmy  w znanym wszystkim Europejczykom miejscach, poza małym wyjątkiem kiedy Kasia z tęsknoty za chlebem, skusiła się na ulicznego tosta.

Po opuszczeniu hotelu zjedliśmy śniadanie w Pizza Hut, warto zaznaczyć że w takich miejscach ceny nie odbiegają od naszych, i ruszyliśmy na dworzec. Bez większych problemów dostaliśmy bilet i po zapytaniu się trzech osób, których głosy rozkładały się 2/1 wsiedliśmy do kolejki w stronę lotniska. Jechaliśmy jakiś czas do momentu aż trzy przystanki przed docelowym okazało się, że skończyła ona bieg, cóż bywa. Po ponownych konsultacjach społecznych przeszliśmy na peron I i ruszyliśmy w dalszą drogę. Z okien pociągu roztaczał się widok na III największy slums świata. Z kolejki na lotnisko mieliśmy do pokonania 1,5 km, więc postawiliśmy na spacer, ale najpierw postanowiliśmy odwiedzić kościół, który dostrzegliśmy po drugiej stronie torów. Okazało się, że kościół przynależy do misji sióstr Misjonarek Miłości (to te od Matki Teresy), nie mogły nas wpuścić do środka, ale udostępniły nam kaplicę. 

Przy wejściu na lotnisko kontrola. Bez biletu i paszportu nie wejdziesz do hali. Do odlotu mieliśmy jeszcze cztery godziny, więc spokojnie zważyliśmy bagaże (nie mogły przekraczać 7 kg + torebka), które ku naszemu zaskoczeniu po wyjęciu bluzy i książek mieściły się w normie. W końcu nasz lot został wyświetlony. 18.55, ich dziwne krzaczki, bramka 9. Tutaj musieliśmy się rozdzielić ponieważ ze względu na obligatoryjne obszukanie po drugiej stronie kobiety i mężczyźni mają osobne bramki. Kasia przeszła bez problemu, ja niestety musiałem się tłumaczyć. Przykro nam Oliwko, ale Pan Strażnik zmusił nas do rozstania z twoim wysokiej klasy, niesamowitym, ceramicznym nożem, który dobrze nam służył oraz okazania łańcucha do plecaków i obcinaczki. Kiedy już spokojnie czekaliśmy na lot Kasia zwróciła uwagę, że samolot do Koczin odlatuje spod bramki nr 23, a to inne wejście! No to dawaj. Musieliśmy się wydostać poza bramki i ponownie przejść całą kontrolę, tylko w innym miejscu. Przed odlotem jeszcze tylko szybka kanapka w Subway'u i ruszyliśmy do samolotu.

Kiedy około 21.00 wyszliśmy z terminalu uderzył nas podmuch gorącego powietrza. Uświadomiliśmy sobie, że od siedmiu godzin przebywaliśmy w klimatyzowanych pomieszczeniach, bardzo sobie to uświadomiliśmy. Dodatkowo okazało się, że ostatni interesujący nas autobus odjechał o 20.50. To zmusiło nas do przemodelowania planów na najbliższe cztery dni. Żeby nie tracić czasu postanowiliśmy ruszyć do Varkali, gdzie planowaliśmy zakończyć naszą podróż po Kerali. Tuk-tukiem dotarliśmy na malutki dworzec. Kupiliśmy jedyne dostępne bilety, na drugą klasę. Jest to najtańsza i najgorsza klasa kolejowa w Indiach, gdzie tłok jest dziesięciokrotnie większy niż w darmowym autobusie na cmentarz 1 listopada. Niech o skali świadczy fakt, że za pieciogodzinną podróż za dwie osoby, zapłaciliśmy 7 złotych, następna klasa jest siedmiokrotnie droższa. Oczywiście jako doświadczeni biali podróżnicy w państwie orientu wsiedliśmy i wyszukaliśmy sobie miejsce w klasie wyżej. Po kilku dyskusjach z konduktorem i  wędrówce miedzyklasowej, udało nam się utrzymać miejsca do spania i odbyć dosyć komfortową podróż.

Do Varkali dotarliśmy ok. 4 rano. Z braku lepszego pomysłu ruszyliśmy w trzy kilometrowy spacer ku wytęsknionej plaży. Dotarliśmy! Mimo późnej/wczesnej pory na plaży buszowało wielu Hindusów. Nie przeszkadzało nam to. W końcu, na uboczu, nad morzem Lakkadiwskim rozłożyliśmy kocyki, które dostaliśmy jeszcze w ukraińskim samolocie i przy szumie fal oraz czerwonej łunie na północy, oddaliliśmy się w objęcia Morfeusza.